wtorek, 19 lutego 2013

5th Note - Początek ff?

No dobrze - pora na przemówienie na cześć reaktywacji. Zwyczajnie - przyziemne rzeczy zajęły nam sporo czasu przez co o tym zapomnieliśmy, ale teraz postaram się dodawać coś, chociaż raz w tygodniu. Mam nadzieję, że niedługo przybędzie nam widowni, a teraz zapraszam na początek ff na podstawie HP, który pewnie jest początkiem czegoś większego oraz poważniejszego. Ogólnie krótki prolog:
Voldemort odrodził się dzięki grupce jego popleczników (w tym nowych). Jedną z nich była Rhannion de Cheteaubriand, potomkini arystokracji czarodziejskiej w Francji. Voldemort w nowym ciele, podobnym do jego z czasów młodości rozkochał w sobie Francuzkę, która przyjechała do Anglii na okres edukacji w Hogwarcie, jednak on wciąż nie mógł kochać. Postanowiła stworzyć wraz z 3 największymi alchemikami świata stworzyć lekarstwo na tą przypadłość Czarnego Pana co.. udało się i po krótkim czasie z tej miłości urodziły się dzieci. Jako pierwszy na świat przyszedł Felix, kilka minut przed północą w Noc Duchów, zaś po północy 1 listopada jego siostra bliźniaczka Lilian. Obecnie zaczną 6 rok nauki w Hogwarcie, ponieważ jest rok 2024.

I to chyba tyle wstępem, a teraz krótki 1.. rozdział? Zapraszam :)

Kilka postaci w czarnych płaszczach zbliżało się do starej posiadłości na pagórku, górującym nad pobliską wioską. Mimo opłakanego stanu, zarośniętego ogrodu i zbutwiałych desek trzymał swój dawny urok starego i bogatego domostwa. Może coś w tych gargulcach na dachu przywoływało nieznane osoby aż tutaj, gdzie nie było widać śladu żywego ducha. Raczej nie, ponieważ gdy byli w połowie drogi na tyłach domu odezwało się życie w postaci zielonej łuny ognia. Wszyscy przyśpieszyli kroku kierując się przez nieoświetloną późnym wieczorem drogę, a ciszę przerwał głos jednego z mężczyzn:
- Śpieszmy się. Już się zaczyna, a Czarny Pan i tak nie lubi spóźnień. Gdyby nie to, że dziś jest wręcz rodzinne święto już byśmy żałowali, że nie udaliśmy się w drogę wcześniej. Jeszcze jak nam skradziono miotły na postoju... Szkoda nawet mówić.
Po tych słowach cała grupa jeszcze bardziej przyśpieszyła. Mimo przeszkód takich jak ciemność, wystające kamienie czy głębokie kałuże w końcu dotarli pod drzwi dworku (może z ubłoconymi stopami, ale zawsze). Nim przewodniczący grupie zapukał do drzwi razem obrócili się ku widokowi wioski. Każdy z nich cicho westchnął na zapierający dech w piersiach pejzaż pełen świecących się kwadracików. Niestety z efuorii obudził gości pośpiech, więc jedno z nich odważyło się zapukać. Nagle: szelest w krzakach, cichy syk, blask żółtych ślepi i skok.
-Aresto Momentum! - z różdżki wystrzeliły srebrne wiązki światła, które szybko stworzyły coś w rodzaju osłony dookoła atakującego węża, jednak jej właściciel szybko ją schował. W międzyczasie w środku posiadłości rozległy się ciche dźwięki kroków.
Ciężkie, dębowe drzwi otworzył wątły staruszek i rozejrzał się po okolicznych, ciemnych krzakach by się upewnić czy na pewno ktoś nieznajomy przypadkiem nie podsłuchuje:
-Hasło!
- Aurorzy nie śpią po nocach... - odpowiedział dowódca grupy.
Staruszek ponownie powędrował dookoła wzrokiem i dopiero teraz zauważył zamrożonego w czasie wielkiego wężą. Szepnął cicho i na końcu jego różdżki pojawiła się kulka światła. Teraz wśród w sztucznych promieniach można było zauważyć zieloną łuskę oraz coś w rodzaju blizny czy strupa po przecięciu na pół. Ciemność ponownie nastała po cichym szepcie "Nox!".
- Widzę, że dosyć sprytnie powstrzymaliście Nagini. Jednak nie ma powodu by stała tutaj nawet do jutra .– Machnął różdżką by ją odblokować.- Ateraz idźmy już może na ceremonię. Czarny Pan nie lubi spóźnień jak pewnie wiecie – zaprosił ich gestem ręki do środka by poszli za nim wgłąb nieoświetlonych korytarzy.
Co chwilę szepty o treści "Lumos" towarzyszyły nowym światełkom, dzięki którym można było zauważyć portrety przeróżnych wybitnych postaci lub zwierząt. Wśród nich był nawet kruk albinos.
Poza tymi obrazami jedną z wielu ozdób korytarzy były liczne dywany w stonowanych kolorach, żelazne świeczniki, kryształowe żyrandole czy marmurowe rzeźby scen mitologicznych. Minęli salon wypełniony sofami oraz fotelami w ciemno-zielonych odcieniach i wykończeniami w kształcie węży z szeroko otwartymi pyskami jakby chciały pożreć każdą żywą osobę w pokoju. Drewniane, złowieszcze oczka pilnie śledziły wnętrze, zaś końcówki wydającego się śliskim ciała tworzyły supeł wraz z swym sąsiadem. Przy przeciwnej ścianie nad wejściem do ogrodu łączyły się schody z taką samą ozdobą jak meble.
- Każdy z tych węży jest w stanie ożywić się słysząc głos wężoustego. Zostały one zamontowane tu wraz z nowymi meblami w 2002 roku, gdy Czarny Pan odrodził się drugi raz. Pierwotnie miały służyć do obrony, lecz w tego typu celu zostały wykorzystane w 2009 kiedy grupka mugolskich chłopców włamała się do środka. Oczywiście było też wiele przypadków gdy jego dzieci niechcący jako maluchy kontrolowały je – powiedział niczym zawodowy przewodnik siwy staruszek. - Zaś tam ukryte są ślady po remoncie sprzed około dziesięciu lat – wskazał na ściane oboko, zakrytą srebrno-złotym gobelinem. Dalszy monolog trwał jeszcze przez pietnaście minut pełen dat co kiedy w tym pokoju się pojawiło. Dopiero gdy sobie uzmysłowił ich spóźnienie przerwał, zrobił poważniejszą minę i polecił. - A teraz na ceremonię.
Przeszli przez szklane drzwi do ogrodu i przeszli przez kilka zadbanych alejek by wmieszać się w tłum zakapturzonych postaci tworzących półkrąg wokół zielonego ogniska. Na głównym forum stał ubrany tak samo jak całe zbiorowisko z zasłoniętą twarzą. Lecz coś go różniło od reszty... Może blade ręce wystające spomiędzy ciemnego materiału... Lub czerwone oczy widoczne w metalowych otworach... Albo oddech zaglądający w duszę każdego z obecnych... Możliwe! Jednak największą różnicą wśród zebranych były jego "narodziny" po swej drugiej śmierci, to czym był, wszystko co brzmiało w jego mrocznej duszy. Tam gdzie wciąż zachowała się pamięć sprzed wielu dziesiątek lat o morderstwach i torturach niewinnych. Gdzie brzmiały złośliwe szepty zemsty na starym wrogu. W miejscu pełnym nienawiści. Jednak nawet tam, w tworze najpotężniejszej czarnej magii, która wciąż pozwolała mu oszukiwać samą śmierć znajdowała się wysepka dobra, wręcz ostatni kawałek ludzkości zdolny oddać życie za najbliższe sercu osoby – rodzinę. Ta osoba stała górując niczym sęp nad całym zgrupowaniem. Miał wiele imion... Tom Marvolo Riddle, Czarny Pan, Lord Voldemort czy Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Jednak to nie jest najważniejsze w naszej histori, ponieważ to nie imie jest człowiek, a jego wnętrze i czyny.
Teraz zaczęły brzmieć bębny, a do centrum półkola wstąpiła dwójka nastolatków prowadzona przez niewiele od nich wyższą kobietę. Dziewczyna miała czarne jak heban włosy z delikatnymi brąz pasemkami idące wzdłuż szczupłej, kobiecej sylwetki prawie aż pasa. Twarz z lekko okrągłymi policzkami zdobił puder by wydała się bledsza oraz ciemny, stonowany makijaż. Zaś na sobie miała czarną sukienkę bez rękawów w stylu gotycki, pełną ozdobnych koronek oraz szpilki w tym samym kolorze. Natomiast jej towarzysz ubrał się w te same barwy, ale w skórzaną kurtkę z zamkiem aż do podbródka, sztucznie poszarpane jeansy oraz glany co odrobinę nie pasowało do szatyna z lekkimi blond rozjaśnieniami oraz chudą, delikatnie opaloną twarzą. Ich przewodniczka miała lekkie podobieństwo między nimi. Choćby kolor włosów – pośredni między oboma, lecz bez czarnego. Lub coś w wyrazie twarzy. Założyła na siebie elementy garderoby w podobnym stylu: czarny płaszcz sięgający aż do ziemi, który przykrywał resztę ubioru.
- Doskonale moja ukochana Rhiannon. - Szepnął cicho jakby sycząc dowódca zgromadzenia. - Przyprowadziłaś nasze bliźniaki by mogły dostąpić zaszczytu stania się Śmierciożercami. Zostaną pełnoprawnie związani z Czarnym Panem jako swoim najznakomitszym panem, a nie tylko ojcem. Jednak najpierw należy zrobić im Mroczne Znaki.
Na dwa ostatnie słowa tłum zaczął wiwatować.
Czarny Pan podszedł do swoich dzieci i gestem ręki zaprowadził je do ognia co rodzeństwo wykonało bez jakichkolwiek szemrań. Jako pierwszy podszedł bliżej chłopak.
- Felixie Davidzie Thomasie de Cheteaubriand dziś jest twój wielki dzień – nabrał trochę ognia na końcówkę różdżki – albowiem dzisiaj poddajesz się woli Czarnego Pana i stajesz się śmierciożercą. - Teraz przyłożył różdżkę do odkrytego ramienia syna. Wręcz wbijając ją w skórę rysował ogniem pewien symbol. Po chwili bólu, która trwała niemiłosiernie dzieło zostało skończone, a na ciele ukazał się świeży Mroczny Znak.
- Dzięki ci Panie.
Po nim przysunęła się jego siostra odrobinę bardziej wystraszona, ale i tak zbliżyła się wraz z przechodzącymi po całej dreszczami. To nic, to nic. Spokojnie, to nie boli tak bardzo jak się wydaje. Łatwo ci mówić skoro przez to przeszedłeś – bliźniaki dyskutowały telepatycznie.
- Lilian Maredith Rhannion de Cheteaubriand dziś jest twój wielki dzień – powtórzył wcześniejszy gest z różdżką – albowiem dzisiaj poddajesz się woli Czarnego Pana i stajesz się śmierciożercą. - Znów wbił różdżkę w skórę, aż kilka kropelek ciemnej krwi poleciało na ziemię z jedną łzą bólu. W końcu i ten tatuaż był gotowy.
Nie miałeś racji, ale i tak wiesz, że ci wybaczę. Wiem - brat posłał uśmiech siostrze. Jednak ona wciąż nie była zadowolona i poszła między ogrodowymi krzewami do domu.
Już w sumie nie pamiętał co się stało poza męczeniem mugolskiego chłopca, który zabłąkał się o tej porze w tę stronę, co męczyło go gdy zasypiał...

1 komentarz:

  1. Ojejujejujeju. Cudne *.* Zakochałam się w tym, i nawet nie mam się do czego doczepić ;_; Nie no, po prostu nieziemskie.
    Dodam cię zaraz do linków u mnie, niech ludzie wiedzą, co dobre <3
    No i co mogę jeszcze powiedzieć? Nie da się więcej, słów mi brakuje. Serio.
    Pozostaje mi życzyć ci jak najwięcej weny i przede wszystkim czasu.
    Pozdrawiam,
    Diana ;*
    http://hogwardzcy-herosi.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń