Voldemort odrodził się dzięki grupce jego popleczników (w tym nowych). Jedną z nich była Rhannion de Cheteaubriand, potomkini arystokracji czarodziejskiej w Francji. Voldemort w nowym ciele, podobnym do jego z czasów młodości rozkochał w sobie Francuzkę, która przyjechała do Anglii na okres edukacji w Hogwarcie, jednak on wciąż nie mógł kochać. Postanowiła stworzyć wraz z 3 największymi alchemikami świata stworzyć lekarstwo na tą przypadłość Czarnego Pana co.. udało się i po krótkim czasie z tej miłości urodziły się dzieci. Jako pierwszy na świat przyszedł Felix, kilka minut przed północą w Noc Duchów, zaś po północy 1 listopada jego siostra bliźniaczka Lilian. Obecnie zaczną 6 rok nauki w Hogwarcie, ponieważ jest rok 2024.
I to chyba tyle wstępem, a teraz krótki 1.. rozdział? Zapraszam :)
Kilka postaci w czarnych płaszczach
zbliżało się do starej posiadłości na pagórku, górującym nad
pobliską wioską. Mimo opłakanego stanu, zarośniętego ogrodu i
zbutwiałych desek trzymał swój dawny urok
starego i bogatego domostwa. Może coś w tych gargulcach na dachu
przywoływało nieznane osoby aż tutaj, gdzie nie było widać śladu
żywego ducha. Raczej nie, ponieważ gdy byli w połowie drogi na
tyłach domu odezwało się życie w postaci zielonej łuny ognia.
Wszyscy przyśpieszyli kroku kierując się przez nieoświetloną
późnym wieczorem drogę, a ciszę przerwał głos jednego z
mężczyzn:
- Śpieszmy się. Już się zaczyna, a
Czarny Pan i tak nie lubi spóźnień. Gdyby nie to, że dziś jest
wręcz rodzinne święto już byśmy żałowali, że nie udaliśmy
się w drogę wcześniej. Jeszcze jak nam skradziono miotły na
postoju... Szkoda nawet mówić.
Po tych słowach cała grupa jeszcze
bardziej przyśpieszyła. Mimo przeszkód takich jak ciemność,
wystające kamienie czy głębokie kałuże w końcu dotarli pod
drzwi dworku (może z ubłoconymi stopami, ale zawsze). Nim
przewodniczący grupie zapukał do drzwi razem obrócili się ku
widokowi wioski. Każdy z nich cicho westchnął na zapierający dech
w piersiach pejzaż pełen świecących się kwadracików. Niestety z
efuorii obudził gości pośpiech, więc jedno z nich odważyło się
zapukać. Nagle: szelest w krzakach, cichy syk, blask żółtych
ślepi i skok.
-Aresto Momentum! - z różdżki
wystrzeliły srebrne wiązki światła, które szybko stworzyły coś
w rodzaju osłony dookoła atakującego węża, jednak jej właściciel
szybko ją schował. W międzyczasie w środku posiadłości rozległy
się ciche dźwięki kroków.
Ciężkie, dębowe drzwi otworzył
wątły staruszek i rozejrzał się po okolicznych, ciemnych krzakach
by się upewnić czy na pewno ktoś nieznajomy przypadkiem nie
podsłuchuje:
-Hasło!
- Aurorzy nie śpią po
nocach... - odpowiedział dowódca grupy.
Staruszek ponownie
powędrował dookoła wzrokiem i dopiero teraz zauważył zamrożonego
w czasie wielkiego wężą. Szepnął cicho i na końcu jego różdżki
pojawiła się kulka światła. Teraz wśród w sztucznych
promieniach można było zauważyć zieloną łuskę oraz coś w
rodzaju blizny czy strupa po przecięciu na pół. Ciemność
ponownie nastała po cichym szepcie "Nox!".
- Widzę, że dosyć
sprytnie powstrzymaliście Nagini. Jednak nie ma powodu by stała
tutaj nawet do jutra .– Machnął różdżką by ją odblokować.-
Ateraz idźmy już może na ceremonię. Czarny Pan nie lubi spóźnień
jak pewnie wiecie – zaprosił ich gestem ręki do środka by poszli
za nim wgłąb nieoświetlonych korytarzy.
Co chwilę szepty o treści
"Lumos" towarzyszyły nowym światełkom, dzięki którym
można było zauważyć portrety przeróżnych wybitnych postaci lub
zwierząt. Wśród nich był nawet kruk albinos.
Poza tymi obrazami jedną
z wielu ozdób korytarzy były liczne dywany w stonowanych kolorach,
żelazne świeczniki, kryształowe żyrandole czy marmurowe rzeźby
scen mitologicznych. Minęli salon wypełniony sofami oraz fotelami w
ciemno-zielonych odcieniach i wykończeniami w kształcie węży z
szeroko otwartymi pyskami jakby chciały pożreć każdą żywą
osobę w pokoju. Drewniane, złowieszcze oczka pilnie śledziły
wnętrze, zaś końcówki wydającego się śliskim ciała tworzyły
supeł wraz z swym sąsiadem. Przy przeciwnej ścianie nad wejściem
do ogrodu łączyły się schody z taką samą ozdobą jak meble.
- Każdy z tych węży
jest w stanie ożywić się słysząc głos wężoustego. Zostały
one zamontowane tu wraz z nowymi meblami w 2002 roku, gdy Czarny Pan
odrodził się drugi raz. Pierwotnie miały służyć do obrony, lecz
w tego typu celu zostały wykorzystane w 2009 kiedy grupka mugolskich
chłopców włamała się do środka. Oczywiście było też wiele
przypadków gdy jego dzieci niechcący jako maluchy kontrolowały je
– powiedział niczym zawodowy przewodnik siwy staruszek. - Zaś
tam ukryte są ślady po remoncie sprzed około dziesięciu lat –
wskazał na ściane oboko, zakrytą srebrno-złotym gobelinem. Dalszy
monolog trwał jeszcze przez pietnaście minut pełen dat co kiedy w
tym pokoju się pojawiło. Dopiero gdy sobie uzmysłowił ich
spóźnienie przerwał, zrobił poważniejszą minę i polecił. - A
teraz na ceremonię.
Przeszli przez szklane
drzwi do ogrodu i przeszli przez kilka zadbanych alejek by wmieszać
się w tłum zakapturzonych postaci tworzących półkrąg wokół
zielonego ogniska. Na głównym forum stał ubrany tak samo jak całe
zbiorowisko z zasłoniętą twarzą. Lecz coś go różniło od
reszty... Może blade ręce wystające spomiędzy ciemnego
materiału... Lub czerwone oczy widoczne w metalowych otworach...
Albo oddech zaglądający w duszę każdego z obecnych... Możliwe!
Jednak największą różnicą wśród zebranych były jego
"narodziny" po swej drugiej śmierci, to czym był,
wszystko co brzmiało w jego mrocznej duszy. Tam gdzie wciąż
zachowała się pamięć sprzed wielu dziesiątek lat o morderstwach
i torturach niewinnych. Gdzie brzmiały złośliwe szepty zemsty na
starym wrogu. W miejscu pełnym nienawiści. Jednak nawet tam, w
tworze najpotężniejszej czarnej magii, która wciąż pozwolała mu
oszukiwać samą śmierć znajdowała się wysepka dobra, wręcz
ostatni kawałek ludzkości zdolny oddać życie za najbliższe sercu
osoby – rodzinę. Ta osoba stała górując niczym sęp nad całym
zgrupowaniem. Miał wiele imion... Tom Marvolo Riddle, Czarny Pan,
Lord Voldemort czy Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Jednak
to nie jest najważniejsze w naszej histori, ponieważ to nie imie
jest człowiek, a jego wnętrze i czyny.
Teraz zaczęły brzmieć
bębny, a do centrum półkola wstąpiła dwójka nastolatków
prowadzona przez niewiele od nich wyższą kobietę. Dziewczyna miała
czarne jak heban włosy z delikatnymi brąz pasemkami idące wzdłuż
szczupłej, kobiecej sylwetki prawie aż pasa. Twarz z lekko
okrągłymi policzkami zdobił puder by wydała się bledsza oraz
ciemny, stonowany makijaż. Zaś na sobie miała czarną sukienkę
bez rękawów w stylu gotycki, pełną ozdobnych koronek oraz szpilki
w tym samym kolorze. Natomiast jej towarzysz ubrał się w te same
barwy, ale w skórzaną kurtkę z zamkiem aż do podbródka,
sztucznie poszarpane jeansy oraz glany co odrobinę nie pasowało do
szatyna z lekkimi blond rozjaśnieniami oraz chudą, delikatnie
opaloną twarzą. Ich przewodniczka miała lekkie podobieństwo
między nimi. Choćby kolor włosów – pośredni między oboma,
lecz bez czarnego. Lub coś w wyrazie twarzy. Założyła na siebie
elementy garderoby w podobnym stylu: czarny płaszcz sięgający aż
do ziemi, który przykrywał resztę ubioru.
- Doskonale moja ukochana
Rhiannon. - Szepnął cicho jakby sycząc dowódca zgromadzenia. -
Przyprowadziłaś nasze bliźniaki by mogły dostąpić zaszczytu
stania się Śmierciożercami. Zostaną pełnoprawnie związani z
Czarnym Panem jako swoim najznakomitszym panem, a nie tylko ojcem.
Jednak najpierw należy zrobić im Mroczne Znaki.
Na dwa ostatnie słowa
tłum zaczął wiwatować.
Czarny Pan podszedł do
swoich dzieci i gestem ręki zaprowadził je do ognia co rodzeństwo
wykonało bez jakichkolwiek szemrań. Jako pierwszy podszedł bliżej
chłopak.
- Felixie Davidzie
Thomasie de Cheteaubriand dziś jest twój wielki dzień – nabrał
trochę ognia na końcówkę różdżki – albowiem dzisiaj
poddajesz się woli Czarnego Pana i stajesz się śmierciożercą. -
Teraz przyłożył różdżkę do odkrytego ramienia syna. Wręcz
wbijając ją w skórę rysował ogniem pewien symbol. Po chwili
bólu, która trwała niemiłosiernie dzieło zostało skończone, a
na ciele ukazał się świeży Mroczny Znak.
- Dzięki ci Panie.
Po nim przysunęła się
jego siostra odrobinę bardziej wystraszona, ale i tak zbliżyła się
wraz z przechodzącymi po całej dreszczami. To nic, to nic.
Spokojnie, to nie boli tak
bardzo jak się wydaje. Łatwo
ci mówić skoro przez to przeszedłeś – bliźniaki
dyskutowały telepatycznie.
- Lilian Maredith Rhannion de Cheteaubriand dziś jest
twój wielki dzień – powtórzył wcześniejszy gest z różdżką
– albowiem dzisiaj poddajesz się woli Czarnego Pana i stajesz się
śmierciożercą. - Znów wbił różdżkę w skórę, aż kilka
kropelek ciemnej krwi poleciało na ziemię z jedną łzą bólu. W
końcu i ten tatuaż był gotowy.
Nie miałeś racji, ale
i tak wiesz, że ci wybaczę. Wiem
- brat
posłał uśmiech siostrze. Jednak ona wciąż nie była zadowolona i
poszła między ogrodowymi krzewami do domu.
Już w sumie nie pamiętał co się stało poza
męczeniem mugolskiego chłopca, który zabłąkał się o tej porze
w tę stronę, co męczyło go gdy zasypiał...